Wasze historie

5 urodziny Franka

A po tych wydarzeniach Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: «Abrahamie!» A gdy on odpowiedział: «Oto jestem» -powiedział: «Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę».

      A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu .Potem Abraham sięgnął ręką po nóż ,aby zabić swego syna .Ale wtedy Anioł Pański zawołał na niego z nieba i rzekł: «Abrahamie, Abrahamie!» A on rzekł: «Oto jestem».[Anioł] powiedział mu: «Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna» (Rdz 22, 1-2;9-12)

      Mija 5 lat, kiedy Bóg powołał do siebie naszego syna Franciszka. Początkowo, gdy słyszałam czytanie o Izaaku i Abrahamie buntowałam się. Dlaczego Izaaka ocaliłeś,  a mojego syna nie?  Coraz więcej czasu upływa od tego zdarzenia, wciąż nie do końca je rozumiem, ale z każdym dniem widzę wyraźniej, że narodziny i śmierć synka, były PRZYMIERZEM Boga ze mną, które wciąż odnawia.

      Franek  był naszym czwartym dzieckiem. Kiedy urodziła się druga dziewczynka – wówczas mieliśmy dwie córki i syna – dzieci uznały, że jest niesprawiedliwie, nierówno, że powinien w domu być jeszcze jeden chłopiec. Modliły się o brata. Ich prośby zostały wysłuchane. Po pół roku byłam w ciąży., też  trudnej jak poprzednie. Kochałam  moje dziecko od chwili poczęcia. Informacja o ciąży mniej zachwyciła mojego męża Był obrażony na Pana Boga, że robi z niego kierowcę  autobusu – czwórka dzieci do  „Sedana” się nie zmieści. Kolejne 9 miesięcy bez pożycia małżeńskiego – bo w zagrożonej ciąży to zabronione. Właśnie wzięliśmy kredyt na mieszkanie, które remontowaliśmy. Nie radził sobie z tym wszystkim.

      Początkowo ciąża przebiegała wyjątkowo dobrze, co utwierdzało mnie w przekonaniu, że co złe mamy już sobą. Nie oszczędzałam się wcale. Ani nie widziałam takiej potrzeby, ani możliwości. Pewnego wieczoru poczułam – dobrze mi już znane objawy – ból w dole brzucha i skurcze. Mąż nie przejął się tym specjalnie. Byłam sama ze swoim przerażeniem i złymi przeczuciami. Następnego dnia wylądowałam w szpitalu. Rokowania od początku były złe. Poinformowano mnie, że będą robili, co się da, ale szanse na utrzymanie ciąży są nikłe.

      Był to pierwszy kubeł zimniej wody na głowę mojego męża. Już w izbie przyjęć prosił mnie o wybaczenie za swoje zachowanie. Było mi  szalenie przykro, że zostawiam go samego z trójką  dzieci , pracą    i remontem mieszkania. Pragnęłam przede wszystkim naszej jedności. Tygodnie spędzone w szpitalu  umocniły  nasze małżeństwo – mimo rozłąki, trudu, tęsknoty -  a może właśnie dzięki nim. Mogłam się przekonać, o wielkiej miłości mojego męża do mnie – miłości za darmo, bez żadnych zasług. Nie miałam mu wtedy nic do zaoferowania . Leżałam plackiem w łóżku i nic poza tym. Mąż podawał mi basen, mył, przywoził jedzenie, gdy miałam zachciankę, parzył latte. Pracował, zajmował się dziećmi, wykańczał mieszkanie. Miałam poczucie, że otrzymał nadprzyrodzone siły, by temu wszystkiemu podołać.

      Wydawało mi się wówczas, że sytuacja jest trudna, lecz stabilna. Do terminu porodu  pozostało jeszcze pięć miesięcy. Wyobrażałam sobie, że jakoś przetrwamy.  Wyzbyłam się pomysłów, co dalej, cokolwiek sobie wyobraziłam, wiązało się z ogromnym cierpieniem. Z czystym sercem mogłam mówić: Bądź wola Twoja. 

Niestety , po pewnym czasie ponownie trafiłam do szpitala. Miałam wspaniałą opiekę. Doświadczyłam wiele troski i wsparcia od personelu. Czułam, że zostało zrobione wszystko, co po ludzku było możliwe. Kiedy zawieziono mnie na porodówkę, była tam ekipa, z którą rok wcześniej rodziłam Jadzię. Czułam się bezpiecznie. Mąż był przy mnie. Ogromnym wsparciem okazała się położna. Czuwała nad wszystkim i co   bardzo cenne , w chwili, gdy my byliśmy targani silnymi emocjami, ona była rzeczowa i zatroszczyła się o rzeczy ważne. Rozmawiała z nami konkretnie: „Czy chcecie ochrzcić dziecko?” Tak. „Czy jeżeli jego stan – co jest wielce prawdopodobne - nie będzie rokował, że przeżyje, życzycie sobie reanimacji za wszelką cenę, czy raczej chcecie otoczyć go ciepłem i bliskością, w czasie który będzie wam dany?” Nie było czasu na przemyślenia i filozofie. Byliśmy zgodni: chcemy z nim być, chcemy go przytulić, nie chcemy by umierał sam w inkubatorze z milionem rur w sobie. Chcemy się nim nacieszyć, poznać, zapamiętać …

      Skurcze nasilały się. Trochę popadłam w emigrację wewnętrzną, umęczona całą dobą bólu. Męża poproszono o podpisanie dokumentu o treści: „Nie wyrażam zgody na reanimację mojego dziecka”. Czuł, jakby podpisywał wyrok śmierci. Szybko wrócił do mnie. Syn urodził się żywy, machał nóżkami. Był maleńki. Mierzył dwadzieścia centymetrów i ważył pół kilo. Leżał na mym sercu. Płakaliśmy oboje. Wiedzieliśmy, że czas jest krótki. Położna natychmiast udzieliła mu chrztu z wody. A potem leżał na mnie, przytulony do mej piersi  oddychał jak rybka z otwartą buzią.

      W obliczu życia i śmierci zmienia się widzenie świata. Myśli się o  sprawach ostatecznych. Mąż ponownie prosił o wybaczenie, mówił o bezradności wobec swoich słabości. Moje serce przepełnione było miłością wobec takiej pokory, jaką wówczas okazał. Nie miałam do niego żadnych pretensji. Ten moment umocnił i zjednoczył nasze małżeństwo Po mistycznej godzinie spędzonej z naszym synkiem poczułam że robi się zimny. Oddałam go położnej. Został zaniesiony do lodówki z napisem: PŁODY. Za dwa dni wypisano mnie ze szpitala. Mąż załatwił formalności pogrzebowe. Pożegnaliśmy go Eucharystią Dziękczynną.

      I choć może się to wszystko wydawać komuś niezwykle trudne, jestem wdzięczna Bogu za całe to wydarzenie. Zmieniło ono moje życie: duchowe i rodzinne. Wiem, że dzieci nie są moją własnością, ale darem od Boga danym mi w depozyt.  Wiem, że mój mąż mnie bardzo kocha  i  wiem, że ja go kocham. Wiem, że możliwe jest przebaczenia i miłość. Wiem, że jest Bóg i że część mnie – ciało z mego ciała i krew z mojej krwi, czyli Franuś – ogląda Go już twarzą w twarz. .On wiedział, że kocham moje dzieci bardziej niż Jego, bardziej niż męża, powołując do siebie mego syna, sprawił, że tęskniąc za swoim dzieckiem myślę o spotkaniu z Nim, jak również otworzył mi oczy na tego, z którym mam stanowić jedno tu na ziemi.

Mama Franka

Drodzy Czytelnicy! Dokładamy wszelkich starań, aby nasza strona była Wam jak najbardziej pomocna. Pamiętajcie jednak, że każda życiowa sprawa, problem, zagadnienie jest wyjątkowe i indywidualne, może wymagać profesjonalnej pomocy.
Nasza strona nie jest poradnikiem, ani encyklopedią wiedzy.
Fundacja Nagle Sami, nasi współpracownicy i przyjaciele dokładają wszelkich profesjonalnych starań, ale ze względu na zawiłość większości spraw, nie mogą ponosić odpowiedzialności, za działania podejmowane przez Was na podstawie zawartych tu informacji.

© 2012 Fundacja Nagle Sami. Wszelkie prawa zastrzeżone.