ŻAŁOBA: NAGŁA STRATA...

Re: ŻAŁOBA: NAGŁA STRATA...

Postautor: Mars » 02 lis 2013, 15:04

Witam wszystkich,

Ponad dwa miesiące temu odeszła moja ukochana żona, nagle, bez słowa. Jeszcze kilka godzin przed śmiercią trzymałem ją za jej ciepłą dłoń, mówiłem jej jak bardzo ją kocham, rozmawialiśmy o tym jakie cudowne mamy życie, jak bardzo jesteśmy razem szczęśliwy z naszymi dziećmi. Kilka godzin później całowałem jej dłonie ostatni raz po 16 latach życia razem, umierała w moich ramionach, nie mogłem nic zrobić. Moja żona nie odeszła do końca, w sensie biologicznym jest w naszych dzieciach (chłopcy w wieku 4 i 9 lat). Dzieci sa dziedzictwem, które po sobie zostawiła. One dla nas były najważniejsze, stały w centrum naszego życia i zamierzam utrzymać tą linię działania. Praca i dbanie o nasze dzieci pozwala mi normalnie funkcjonować. Wbrew pozorom ta techniczna strona życia, przejęcie części obowiązków po żonie pozwala nie myśleć o pustce jaka po niej zaistniała. W momentach spokoju, kiedy zaczynam o niej myśleć, kiedy potrzebowałbym jej obecności, rozmowy, dotyku, wtedy wyje, wyje jak pies pozostawiony sam w domu. Nie wstydze się tego. Płacz pozwala mi wypruć się z negatywnych emocji, uspokaja. Wiem, że za chwilę muszę się wziąść w garść, zrobić dzieciom śniadanie, obiad, kolacje, ogarnąć mieszkanie, zrobić pranie, sprzątnąć łazienkę, zawieźć do szkoły, do przedszkola, odrobić z dzieckiem lekcje, zrobić to czego ode mnie wymagają w pracy. Po prostu muszę żyć dla dzieci, tego chciałaby moja ukochana, przecież Ona to one w każdej komórce ich ciała.

Wiem co to znaczy ból po stracie bliskiej osoby, klika lat temu zmarł tato, z którym byłem silnie emocjonalnie związany, teraz moja ukochana, cudowana i piękna żona, te dwa zdarzenia to olbrzymia trauma dla mnie. Niestety, trzeba czasami przewartościować swoje życie, znaleźć nowe cele, wstać, otrzeć twarz z błota ulicy i iść dalej. Jeszcze nie raz upadnie się na kolana, ale nie można się poddać dyktatowi śmierci, trzeba jej plunąć prosto w twarz, to pomaga. Śmierć i tak kiedyś przyjdzie i po nas, ale póki co, trzeba dać z siebie wszystko, czasem nie dla siebie, może nie jesteśmy istotni, często trzeba dać siebie innym.

Łączę się w bólu z cierpiącymi po stracie.
Mars
 
Posty: 1
Rejestracja: 02 lis 2013, 14:02

Re: ŻAŁOBA: NAGŁA STRATA...

Postautor: Ptyśka43 » 15 lis 2013, 9:51

Witam! Przez zupełny przypadek kupiłam ostatni numer "Przyjaciółki". Jako lekturę do pociągu. Ostatnio strasznie dużo podróżuję a mój stan psychiczny i totalne rozchwianie emocjonalne nie pozwala mi skupić się na żadnej książce. Pierwszego października straciłam bezpowrotnie najbliższego mi (poza moimi dziećmi i mamą) człowieka. Człowieka, który mnie akceptował w 100 %. Po raz pierwszy czułam, że jestem kochana. Mam 43 lata i takie uczucie spotkało mnie pierwszy raz. Ten człowiek pokochał moje dzieci i był dla nich bliższy niż ich rodzony ojciec.
Nie umiem sobie z tym zupełnie pogodzić. Nie mam motywacji do pracy, do działania. Najgorsze jest to, że umarł na swoje własne życzenie, wieszając się. Miał poważne problemy z kręgosłupem, bał się, że będzie dla mnie ciężarem. Pracowałam w Niemczech jako opiekunka osób chorych. Kiedy przyjeżdżałam spędzaliśmy czas z moimi dziećmi. Było super.
Zawsze jak byłam za granicą pisaliśmy do siebie sms-y, dzwoniliśmy. Każdy dzień zaczynał się od sms-a :" Dzień dobry Ptynia! Kocham Cię. Tęsknię!" a ja odpisywałam w tej samej tonacji. Mnóstwo smsów i strzałek.
Wyjechałam 27 września . Odprowadził mnie na SINDBADA. Pożegnaliśmy sie jak zawsze. I do wtorku 1.X wszystko było ok. Tak jak zawsze. I nagle cisza! Przerażająca! Głucha! I ten okropny strach, który ściskał serce i gardło. Dzwoniłam a telefon milczał, wyłączony. Odgrzebałam gdzieś numer do jego krewnego. Zlekceważył to zupełnie. Dopiero o 16.40 zadzwonił kuzyn mojego faceta. Poinformował mnie, że właśnie do mieszkania wchodzą strażacy i jak będzie coś wiedzieć to zadzwoni. Za pięć minut usłyszałam w Słuchawce:" Pani Irmino, Andrzej nie żyje. Powiesił się na drzwiach kuchennych na pasku od spodni". Jak w transie załatwiłam sobie zjazd do Polski. Wiedziałam, że muszę jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Na drugi dzień, w środę byłam już w mojej ukochanej Pile. Jakże inny był to przyjazd. Nikt na mnie nie czekał. Szłam z dworca. Bez pieniędzy, wykończona, zapłakana i z jeszcze kołaczącą się nadzieją, że to może tylko pomyłka, może taki żart Andrzeja. Głupi, ale jednak żart. Doszłam na policję. Przesłuchano mnie i powiedziano, że nie dostanę kluczy do mieszkania. Nie jestem rodziną denata, nie jestem tam zameldowana. Żadne argumenty nie trafiały do panów policjantów. Zadzwoniłam do kuzyna Andrzeja. Nie widzieli się kilka lat, nie rozmawiali ze sobą. Ale on w świetle prawa był bliższy mojemu Andrzejowi niż ja. Mimo tego, iż ów kuzyn wyraził zgodę, żeby wydać mi klucze i tak ich nie dostałam. Ponieważ moje pieniądze i karta do bankomatu była w domu u Andrzeja nie miałam pieniędzy na nocleg, ani na nic do picia. Na szczęście w pasażu handlowym jest całodobowe TESCO i w związku z tym pasaż jest otwarty całą dobę. Przesiedziałam więc noc na ławeczce. Przynajmniej było mi ciepło. Nadszedł kolejny dzień - czwartek. Rano przyjechał kuzyn, którego poznałam przez telefon, razem ze swoją siostrą. Oni dostają klucze. Razem wchodzimy do mieszkania. Mnie powala widok uciętego paska z perfekcyjnie wykonaną, rozciętą teraz , pętlą, przewrócony stołek, rozrzucone kapcie. No ale ja jestem obca. Rodzina rozpoczyna rundę po mieszkaniu. Co się nadaje do wzięcia. Co by tu zabrać? Przez grzeczność padają pytania: 'Potrzebuje Pani... ?" " Chce to Pani zabrać?". A ja siedzę na fotelu i czuję się jak w pieprzonym matrixie. Wyruszamy do prokuratury, apotem załatwiamy formalności pogrzebowe. Sympatyczna Pani Prokurator wystawia dokument dotyczący wydania ciała i pochówku na mnie. Udaję się więc do ZUS-u. A krewni Andrzeja jadą do DPS w Pile, gdzie przebywa ubezwłasnowolniona matka mojego przyjaciela (ojciec zmarł 5 lat temu). W tym czasie ja dowiaduję się, że nie należy sie zasiłek pogrzebowy, ponieważ nie przyznano mu świadczenia rehabilitacyjnego i w związku z tym zgodnie z prawem nie był już ubezpieczony. Pani sugeruje, żeby zwrócić się do MOPSa w sprawie pochówku. Dzwonię do jego kuzyna i informuję o tym. Na co on mówi, że wszystko załatwi. Wracamy do domu. Wieczorem krewni wyjeżdżają wypakowanym samochodem. Zostaję sama. Kolejna nie przespana noc. Następnego dnia zamawiam kwiaty, zawiadamiam przyjaciół o pogrzebie, a wieczorem przyjeżdżają moje dzieci i ostatnią noc spędzamy razem na wspomnieniach, płaczu i wzajemnym pocieszaniu.
Na pogrzeb przyjeżdżają ubogie delegacje rodzin. Andrzej wygląda tragicznie. Nie odprawia sie żadna msza w jego intencji, tylko krótkie nabożeństwo. Staram się jak najdłużej zostać z nim na cmentarzu. Potem jeszcze tylko krótka wizyta w mieszkaniu, w którym przeżyłam tyle pięknych chwil, a które teraz jest mi zupełnie obce i takie puste, mimo tego, że są w nim ludzie. Ludzie, którzy zaglądają do szaf, szuflad, komentują to co widzą. Wreszcie proszą, żeby opowiedzieć im cos o Andrzeju. Wujkowie, ciotki. Ludzie, którzy mnie powinni o tym opowiadać, nie wiedzą o nim nic. A ja o nich wszystko. Zaczyna sie walka kto zostanie opiekunem prawnym matki Andrzeja, i kto zaopiekuje się mieszkaniem.
Krążę między Wrocławiem a Piłą. Byłam uporządkować jego grób, Postanowiłam wtedy wejść do administracji cmentarza i zapytać czy nie trzeba czegoś dopłacić do wykupionego miejsca itp. W dniu pogrzebu nie myślałam o tym. Nie potrafiłam myśleć o niczym poza tym, ze go już nie ma. Że to nieodwracalne. Mało nie umarłam ze wstydu gdy okazało się, że rodzina (dziennikarz, ordynator, dyrektor przedszkola i inni) pochowali swojego "ukochanego" kuzyna na koszt państwa. Nawet za miejsce na cmentarzu zapłacił MOPS. Człowieka, który całe życie pracował, był dumny i nigdy nikogo o nic nie prosił, służył Ojczyźnie jako żołnierz kontraktowy, pochowano jak menela spod budki z piwem. Ustanowiłam się więc opiekunem grobu i złożyłam zastrzeżenie, że nikt poza mną nie może o niczym decydować. Uporządkowałam tam wszystko, kupiłam drewnianą obudowę, żeby grób miał jakiś kształt i formę. Pojechałam po raz kolejny na Wszystkich Świętych, żeby nie był sam. Przez 4 godziny kiedy stałam przy grobie w czasie największej odwiedzalności nie zjawił sie nikt z rodziny. Teraz zbliżają się Andrzejki. Zamówiłam na ten dzień mszę w jego intencji i oczywiście znowu pojadę go odwiedzić, a potem będą święta i znowu pojadę do Piły, a później 11 stycznia-nasza rocznica i znowu tam będę. Ale to dla mnie za mało. Chcę go przenieść do na mój cmentarz parafialny. Jestem na to przygotowana finansowo, ale bardzo boję się walki z sanepidem i ewentualnej reakcji jego "bliskich" . Ludzi, którzy niczego o nim nie wiedzieli. Mieli go w nosie.
Czeka mnie walka. Muszę ją wygrać. Dla siebie i dla niego. Kocham go i wiem, że nic tego już nie zmieni. Moja mama owdowaiała w wieku 33 lat i do tej pory jest sama i ja wiem, że moja żałoba, podobnie jak jej nigdy się nie skończy. Jesteśmy do siebie zbyt podobne psychicznie i zbyt poważnie traktujemy uczucia. Dlatego chcę go mieć tu blisko, a na wypadek gdyby mnie się coś stało, łatwiej będzie moim dzieciom opiekować się naszym wspólnym grobem.
Bardzo żałuję, że nie macie swojego oddziału we Wrocławiu. Może warto byłoby nad tym pomyśleć. Tutaj też jest bardzo dużo ludzi, którzy potrzebują wsparcia i pomocy. Sama chętnie spotykała bym się w takiej grupie wsparcia, czy z psychologiem, bo czuję, ze nie radzę sobie z jego odejściem. Zostawił list, przeprosił, napisał, że byłam jego jedynym przyjacielem, ale to i tak dla mnie za mało. Czasem mam ochotę umrzeć. Spotkać go i mu nagadać. A tymczasem palę znicze, płaczę i próbuję zrozumieć. Przepraszam, że to wszystko opowiedziałam tak chaotycznie ale emocje ciągle i tak biorą górę. Będę bardzo wdzięczna za podpowiedź co powinnam napisać w prośbie do sanepidu, żeby wyrazili zgodę na ekshumację. Pozdrawiam i dziękuję za to, że jesteście!
Ptyśka43
 
Posty: 1
Rejestracja: 15 lis 2013, 9:48

Re: ŻAŁOBA: NAGŁA STRATA...

Postautor: smutna_samotna » 17 lis 2013, 16:04

Witam, mam na imie Iwona równo 4 tygodnie temu straciłam część siebie część swojej duszy a pozostała cząstka nie chce już dłuzej tu być. Miałam partnetra , kochałam go , różnie między nami bywało, ale tego dnia coś mówiło mi idz do garażu i zobacz i sparwdz.
Zaparłam sie w sobie nie poszłam jak głos w środku mówił mi idz , za pózno odszedł ode mnie nie zdążyłam , mogłam go uratować .
Zawsze był skryty, cichy, nie był ideałem ale dał mi i dzieciom drugie życie. pokochałam go jak nikogo w świecie, kocham go dalej . nie umiem teraz żyć, wszystko mnie boli , serce pęka , łzy płyną . Snił mi sie raz jak mówł mi że też bał sie że mnie wiecej juz nie zobaczy. Zobaczylismy sie we snie moim, przytuliłam sie . to za mało ja dalej płacze dalej tesknie . Snił sie mojemu synowi ubrany na biało , płaczący pożegnał sie z nim i mówił ze bardzo kocha naszą całą rodzine.
Drugi sen gdy ktoś mówił mi módl sie, złamał mnie psychicznie , modle sie , codziennie , wierze, mam nadzieje i dalej kocham. Codziennie proszę Boga żeby odpuscił mu to co wyrządził,zeby i moje zycie skrócił, pokazał mi cel mojego życia i żeby zabrał mnie do siebie jak najszybciej. Boli bo nie wiem czy cierpi czy jest szczęsliwy, tak chciałabym zebysmy chociaż sny spedzali razem.
Zyliżmy ze sobą 3 lata , mamy wspólna corke ma 2 latka, ale ja nie żyje już dla dzieci ja żyje bo żyje , jestem bo jestem..

Nie wiem czy w dobrym dziale pisze , ale musze sie wygadać , zostałam sama jak palec, dni, wieczory spędzam sama nie mam z kim dzielić sie smutkami , troskami i radościami .
smutna_samotna
 
Posty: 3
Rejestracja: 17 lis 2013, 15:40

Re: ŻAŁOBA: NAGŁA STRATA...

Postautor: anna maria » 03 gru 2013, 22:56

WITAM KOCHANI!!!
tu anna maria nie pisałam od czerwca chyba - nie wiem czemu ta cała tragedia, ból cierpienie ,które przeżywałam i nadal przeżywam tak chyba wyniszczyło mnie psychicznie i fizycznie, że musiałam dać sobie czas... nawet nie wiedziałam, że aż tyle mi go było potrzeba. Wakacje tegoroczne(pierwsze dla nas bez NIEGO) PRZEŻYŁAM DOBRZE, NAWET BARDZO , WIADOMO,ŻE W SERCU ZAWSZE BYŁ on, ale te ciągłe , intensywne wyjazdy, -odwiedziłam rodzinę w całej europie nieomal - wszyscy chcieli koniecznie, abyśmy przyjechały z córką i postanowiłyśmy tak właśnie uczynić, i nie żałuję bo była to dobra decyzja - odpoczęłam , nabrałam dystansu -choć trochę.
Potem, rozpoczęła się jesień, powrót do domu, do tych wszystkich znanych miejsc, wspomnień, niestety wszystko wróciło -całe to cierpienie, ból i najgorsze SAMOTNOŚĆ. OSTATNIE TYGODNIE TO BYŁ DLA MNIE OKROPNY CZAS, BO jego urodziny pierwsze bez niego, za chwile moje, w grudniu urodziny córki- Boże jak ja to przeżyję... i najgorsze - 16 grudnia pierwsza rocznica, nie mogę nawet myśleć o tym- boli serce, brak tchu, lęk. Potem znów Święta - nie będą radosne, pewnie znowu wyjedziemy do rodziny. Minie rok , cały rok bez mojego kochanego męża... co mogę powiedzieć, żyje, żyje bo nie mam innego wyjścia, ale tak bardzo mi go brak, dalej chodzę do psychologa- to mi pomaga, biorę leki( już mniej), ale bez nich nie daje rady i tak na prawdę po ludzku to nie wiem jak dalej będzie, wiadomo, jest lepiej, nawet czasem mam tzw.,,dobry humor, uśmiecham się, ale za chwile ogarnia mnie czarna rozpacz- i nie wiem jak dalej żyć. Boje się o przyszłość moją i córki - i tak bardzo tęsknie. Pozdrawiam szczególnie ciepło Marsa,ptyśkę43, smutna-samotną- jestem z wami- razem łatwiej!
anna maria
 
Posty: 19
Rejestracja: 25 mar 2013, 16:49

Re: ŻAŁOBA: NAGŁA STRATA...

Postautor: Jaga » 05 gru 2013, 21:12

Miałam ostatnio sytuację, która mnie bardzo rozzłościła. Pewna Pani próbowała mnie jakoś zagadnąć i nawiązać do minionych wydarzeń i na koniec rozmowy powiedziała coś w stylu "ładnie Pani wygląda, jest Pani uśmiechnięta, wypoczęta i widzę, że dobrze Pani sobie radzi" odpowiedziałam jej tylko "widzi Pani jakieś inne wyjście z tej sytuacji" na co moja rozmówczyni zamilkła.
Ludzie czy naprawdę jeśli nie popadłam w alkoholizm, nie próbowałam popełnić samobójstw i staram się jakoś żyć wychodząc do ludzi to musi to oznaczać, że już nie cierpię, że już zapomniałam?! Ta kobieta nie ma pojęcia co przeżywam każdego wieczora kładąc się do pustego łóżka, każdego dnia tłumacząc mojemu 2,5-letniemu synkowi kto to jest tatuś, każdego weekendu spotykając się w gronie rodzinnym bez NIEGO, w każde święta i inne uroczystości rodzinne. Nie ma pojęcia ile kosztował mnie powrót do w miarę normalnego stanu psychicznego. Takie płytkie osądzanie kogoś jest bardzo słabe i w moim przypadku spowodowało ponownie cofnięcie się o parę kroków do tyłu. Może powinnam się do tego już przyzwyczaić (2,5 roku), ale ciągle nie potrafię. Wcześniej to mój mąż był moją tarczą w podobnych przypadkach, teraz te słowa niestety bardzo mnie dotykają :(
"Idziemy przez ten świat samotnie, ale jeśli mamy szczęście, to przez jedną chwilę należymy do kogoś i ta jedna chwila pozwala nam przetrwać całe wypełnione samotnością życie." P. Simons
Jaga
 
Posty: 47
Rejestracja: 10 gru 2012, 21:24

Poprzednia

Wróć do Nagła strata

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron