Wasze historie

Historia Dominiki

Mam na imię Dominika. Mam 40 lat. Mam dwoje cudownych Dzieci – Polinkę i Leosia.

….

Tak bardzo chciałabym móc tak do Was napisać…

…Niestety nie mogę….

Mam na imię Dominika. Mam 40 lat. Mam cudowną Córeczkę Polę. Miałam też cudownego Synka Leona, ale umarł…

Tak zaczyna się i kończy moja historia. I już zawsze tak będzie się zaczynać i kończyć.

Przyszło mi się zmierzyć z najtrudniejszą rzeczą w życiu. Ze śmiercią upragnionego, kochanego Dziecka. Walczyłam o  moje Dzieci, pragnęłam ich ogromnie, kochałam od pierwszych chwil, kiedy dowiadywałam się, że są we mnie.  To nie tak miało być…Moje dwa Słońca miały świecić. Mieliśmy się kochać, śmiać, płakać, bawić, przeżywać przygody, poznawać świat. Stało się inaczej…

Już w ciąży pojawiła się informacja o tym, że mój Synek prawdopodobnie będzie miał złożoną wrodzoną wadę serca. Liczyłam jednak, że okaże się, iż rzeczywistość nie potwierdzi tego (tak, jak było w przypadku hipotez, co do zdrowia mojej Córeczki). Po porodzie badania niestety wykazały, że tym razem los nie był tak łaskawy. Ale cały czas miałam nadzieję, ba – głęboko wierzyłam, że operacja pozwoli Leosiowi żyć. Tym bardziej, że chore serduszko po porodzie radziło sobie nadspodziewanie dobrze. Dlatego lekarze chcieli odwlec operację tak, jak to najbardziej możliwe, aby Synek urósł, wzmocnił się. No więc mieliśmy to szczęście, że Leoś pierwsze pięć miesięcy swojego życia spędził w domu. Każdego dnia, każdej minuty dziękuję za każdą chwilę z tym cudownym Chłopczykiem. Wniósł do naszego życia mnóstwo miłości, radości i światła. Nasz Rodzina stała się kompletna. Moja Polinka zyskała Braciszka – przyszłego kompana do zabaw, kolejną osobę do kochania i otrzymywania miłości. Ja nie tylko otrzymałam Synka. Zyskałam kogoś, kto całkowicie odmienił moje życie. Córeczka też już je wcześniej zmieniła, jak to zwykle czynią narodziny Dziecka. Jednak Leoś dzięki swojemu dodatkowemu chromosomowi spowodował całkowite przewartościowanie wszystkiego w moim życiu. Było na Razem wspaniale! Nie wiedziałam w co najpierw ręce włożyć, ale czułam, że to jest to! Niestety pierwsza planowa operacja nie powiodła się…Lekarze walczyli, próbowali, starali się. Po kilku dniach wykonali kolejną, rzadko wykonywaną u tak malutkich dzieci. Jej także nie zakończył sukces…Ale walka trwała. Lekarze starali się, a Leosiek walczył dzielnie. Widać było, że bardzo chce żyć i zmotywować swoje serduszko do pracy. Co jednak może zrobić malutkie, niespełna pięciokilogramowe Ciałko, jeśli „Góra” ma inne plany… Po dwóch tygodniach bitwa została przegrana...Mój Leosiek odszedł…Wraz z nim umarła część mnie, a moje serce pękło…Nie jestem w stanie opisać bólu, który mnie wtedy przepełnił…Nie chciałam żyć…Nie chciałam życia bez Leosia. Byłam jednak rozdarta…Nie chciałam też niebycia bez Polinki…Ona ocaliła moją obecność na ziemi…Rozpoczęłam więc dwa życia. Jedno w ciągu dnia – życie w samej esencji - z miłością, uśmiechem, ze śpiewaniem piosenek, zabawami, przewijaniem, karmieniem Polinki. Drugie po położeniu jej spać – życie przesycone śmiercią i bólem. Ból był wręcz fizyczny, rozdzierał nie tylko moje serce, ale i ciało. Bolało mnie wszystko, a szczególnie piersi, w których przecież jeszcze było mleko dla mojego Skarba…Odciąganie mleka dla zmarłego Dziecka było, jak grzebanie w ranie, metodyczne rozcinanie jej skalpelem kawałek po kawałku. Powoli, soczyście, do samego dna…Poza tym miałam jakieś „fantomowe” doznania…po stronie, na której nosiłam Leosia długo czułam jego ciepło…Z jednej strony chciałam to odczucie zostawić w sobie, jak najdłużej…Z drugiej zaś powodowało rozlew takiego niewyobrażalnego bólu…Czasem wyłam „w ręcznik”, jak kojot…Takiego spazmu nie doświadczyłam nigdy wcześniej…Potem na ogół wychodziłam na spacer, już w ciemności. Byłam wdzięczna za listopadowe i grudniowe wieczory ciemne, jak atrament. Snułam się po okolicy, jak duch…Płakałam, wyłam, krzyczałam…Wznosiłam oczy do nieba i rozmawiałam z Leosiem…Dziękowałam mu za wszystko…Mówiłam, jak tęsknię…Jak kocham…Prosiłam o jakiś znak…Jest Ci tam dobrze Synku?, pytałam….  

Co jeszcze pamiętam z tego okresu? Dojmującą samotność…Pusto zrobiło się wokół… To zbyt trudne, ryzykowne podejść bliżej, nie mówiąc o tym, aby pochylić się, otworzyć się na człowieka w żałobie…Proszę Was…nie mówcie z daleka: „to może lepiej, że umarł”, „tak widać miało być”, „to może lepiej - nie wiadomo, jaki by był”, „masz Córkę, ciesz się życiem”, „czas leczy rany”, „będzie lepiej” itp…..Czasem wystarczy cisza, nie mówiąc już o uścisku, spojrzeniu w oczy, czy pozwoleniu na łzy…

Śmierć Synka, niczym tsunami zmyła moje kulejące małżeństwo; pseudo przyjaźnie; życie, o którym marzyłam i które z wysiłkiem budowałam…zmyła też niepotrzebne drobiazgi, które zajmowały uwagę; dodała siły (?!), bo wiem, że jakoś przeżyłam najgorsze…    

Jak jest teraz? Po roku…Cóż mnie się wydaje, jak by to było miesiąc temu…Ból nie minął, nie osłabł, rana się nie zabliźniła, pamięć nie zatarła…Uczę się żyć z moim bólem, przeżywać każdą chwilę z obecnością i świadomością tej straty, jednocześnie czerpiąc z życia, jak najwięcej…Muszę być szczęśliwa dla Polinki. I wiem, że Leoś też by tego chciał…Tęsknię nieziemsko, czuję żal…I cały czas kocham…

Rozwiodłam się, opuściłam dotychczasowe środowisko. Moje życie to taka katastrofa…piękna katastrofa…No właśnie – …piękna…Nie zamieniłabym mojego życia na inne… Jestem szczęśliwa i dumna z bycia mamą moich Dzieci…Bez dwóch zdań - gdybym miała jeszcze raz wybierać Leoś by się urodził…Był wieli i tak, ja mu powtarzałam – dla mnie absolutnie doskonały…            

 

Moi Bohaterowie:

Polinka urodzona 24 stycznia 2013 roku. Leoś urodzony 13 maja 2014 roku, zmarły 30 października tego samego roku.

Polinka bierze swój zabawkowy telefon i „dzwoni” do kogoś. „Cześć Leosiu! Cześć Matko Bosko! Co robicie?”. Słysząc to moja Mama woła z drugiego pokoju: „I co robią?”. Polinka odpowiada: „bawią się”…

Tak, jak napisałam na grobie Synka: „Miłość nigdy się nie kończy”… Kochamy Cię Leosiu! Dziękujemy Tobie za to, że byłeś z nami; …za to, że cały czas jesteś!!!...

Mam na imię Dominika. Mam 40 lat. Mam cudowną Córeczkę Polę. Miałam też cudownego Synka Leona, ale umarł…

 

 

 

 

Drodzy Czytelnicy! Dokładamy wszelkich starań, aby nasza strona była Wam jak najbardziej pomocna. Pamiętajcie jednak, że każda życiowa sprawa, problem, zagadnienie jest wyjątkowe i indywidualne, może wymagać profesjonalnej pomocy.
Nasza strona nie jest poradnikiem, ani encyklopedią wiedzy.
Fundacja Nagle Sami, nasi współpracownicy i przyjaciele dokładają wszelkich profesjonalnych starań, ale ze względu na zawiłość większości spraw, nie mogą ponosić odpowiedzialności, za działania podejmowane przez Was na podstawie zawartych tu informacji.

© 2012 Fundacja Nagle Sami. Wszelkie prawa zastrzeżone.