Wasze historie

Historia Haliny

Mój mąż odszedł  7 sierpnia 2017, miał 59 lat. Nagle, bez znaków ostrzegawczych snów, niepokojów. Pojechał kosić trawę na naszą działkę, upadł, mimo fachowej reanimacji i szybkiego przybycia karetki - nie dane mu było żyć dalej. Byłam z najstarszą córką przy jego śmierci.Ja, człowiek energiczny, szybko podejmujący decyzje, radzący sobie z każdą sytuacją - zupełnie się zagubiłam. To Dominika dokonała prawidłowej oceny sytuacji, zaczęła wykonywać telefony, odpowiadać na pytania ludzi. Przez pierwszy miesiąc: spałam, jadłam, płakałam, rozmawiałam, pozałatwiałam wszystkie urzędowe sprawy, włącznie z potwierdzeniem spadku, przyjęciem pełnomocnictwa (wszystkie cztery córki mieszkają poza domem, dwie za granicą). Ale świadomość tego, że Antka już nie ma była poza mną. 4 października, dwa miesiące po jego śmierci wyjechałam do Nowego Jorku - urodziła mi się wnuczka. Kiedy okazało się, że już nie mam do kogo zadzwonić, żeby porozmawiać o błahostkach, drobiazgach, które  ważne były tylko dla nas - zaczęła do mnie docierać rzeczywistość. Łatwo nie było. Ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że dla Kasi, mojej córki jest to najpiękniejszy okres w życiu - urodziła jej się córeczka, zdrowa, wyczekana. I że ja NIE MOGĘ jej tego czasu zepsuć swoim chlipaniem, smutną twarzą, melancholią. Po dwóch miesiącach wróciłam - przed świętami Bożego Narodzenia. I wtedy było  najtrudniej: Bo ubrania, bo wciąż jeszcze telefony, bo  schematy codzienności, które rozpadły się jak domek z kart, ale podświadomość jeszcze ich nie wyparła. Budząc się, czułam zapach kawy (całe lata przynosił mi ją do łóżka); warkot samochodu na ulicy  o godz.16 przywoływał myśl - trzeba podawać obiad... I tak dzień za dniem. Styczeń i luty obfitowały u nas zawsze  w święta i jubileusze: rocznica ślubu, urodziny Antoniego i moje, Dzień Babci i Dziadka, na który każdego roku pędziliśmy do Warszawy. Wszystko trzeba było przeżyć po kolei. Żałoby nie da się przejść na skróty; wybrać, co się chce, ominąć, co niewygodne. Dzień za dniem, punkt po punkcie, kamień po kamieniu - poukładać na nowo. To trudne. Mnie dużo osób pomogło. Moje dzieci, na które, mimo, iż mieszkamy daleko od siebie, zawsze mogę liczyć. Brat i bratowa, mama, która zamieszkała ze mną. Przyjaciele, koleżanki, sąsiedzi. Nie zamykam się w kręgu wspomnień, rozpamiętywaniu tego, co było. To może mechanizm obronny, ale ja ciągle czegoś szukam, planuję, robię. Niedawno wraz z kilkoma osobami założyliśmy stowarzyszenie, obecnie piszę projekt w celu pozyskania środków na bieg charytatywny. Nie jest tak, że spotykam się z powszechną akceptacją środowiska.To prawda, co powiedziała gdzieś Olga, szefowa fundacji, że w naszym kraju wdowa powinna siedzieć na kanapie i płakać. Ale jestem, jaka jestem, nie będę przywdziewać żałobnych szat i póz tylko dlatego, że tak wypada, albo ktoś tego oczekuje. Całe życie byłam aktywna, po pewnym okresie stagnacji wracam do rzeczywistości. Wiem, że mój mąż by tego chciał. Sam był osobą niezwykle otwartą, lubianą, pomagał, jak tylko potrafił. Jego pogrzeb był manifestacją, zgromadził wiele, wiele osób, 37 pocztów sztandarowych (był strażakiem-ochotnikiem, działaczem PSL). Jest mi trudno, bo Antek zawsze mnie wspierał, realnie oceniał moje pomysły, hamował słomiane zapały. Czasami się "zawieszam" - na dzień, na kilka godzin. Wtedy wracają słowa i pytania: gdyby, dlaczego, może... I coraz bardziej wiem, że jego już nie ma, i że tak będzie zawsze. Ale ja jestem - tu, teraz, nie wiem jaki czas będzie mi dany. Wiem też, że tego czasu nie mogę zmarnować, roztrwonić. Mam rodzinę, którą kocham i  która mnie potrzebuje. Wiedzę i umiejętności, które mogą się na coś przydać. Wiarę, że w  mojej przyszłości będą jeszcze jasne dni. Mówią, że jestem silna. Pewnie tak jest. Ale nie tylko dlatego, że w mojej rodzinie są silne kobiety. Przez nasze wspólne życie byliśmy z Antkiem bardzo blisko, mimo, że niekiedy szalały wichry i gwałtowne zawieruchy. Ta siła stąd pochodzi. On ukształtował mnie jako człowieka i jako kobietę - świadomą swoich wad, ale też mającą poczucie własnej wartości. 

Halina, 7 miesięcy po śmierci mężą

Drodzy Czytelnicy! Dokładamy wszelkich starań, aby nasza strona była Wam jak najbardziej pomocna. Pamiętajcie jednak, że każda życiowa sprawa, problem, zagadnienie jest wyjątkowe i indywidualne, może wymagać profesjonalnej pomocy.
Nasza strona nie jest poradnikiem, ani encyklopedią wiedzy.
Fundacja Nagle Sami, nasi współpracownicy i przyjaciele dokładają wszelkich profesjonalnych starań, ale ze względu na zawiłość większości spraw, nie mogą ponosić odpowiedzialności, za działania podejmowane przez Was na podstawie zawartych tu informacji.

© 2012 Fundacja Nagle Sami. Wszelkie prawa zastrzeżone.