Wasze historie

Historia Pawła

Witam Was serdecznie. Mam na imię Paweł. Postanowiłem podzielić się z Wami moimi doświadczeniami i przemyśleniami jakie towarzyszyły mi i towarzyszą podczas mojej codziennej żałoby.

            Wśród opublikowanych jak dotąd przez Wasz portal relacji nie spostrzegłem ani jednej przedstawionej przez mężczyznę. Zwróciłem się więc ku książce C.S. Lewis'a pt. „Smutek” lecz mimo tego, że z całą pewnością mogę ją polecać jako lekturę wszystkim, nie tylko tym z nas którzy zostali dotknięci tragedią śmierci osób bliskich, to nie znalazłem w niej odzwierciedlenia dla emocji, które mógłbym porównać z moimi własnymi. W prawdzie doskonale wiem, że przeżywanie żałoby jest kwestią indywidualną to jednak mam przekonanie, że istnieje wspólny mianownik dla większości tychże uczuć. Żal z perspektywy mężczyzny wygląda nieco inaczej niż jest to w przypadku tego samego żalu widzianego oczyma kobiety W tym tkwi przyczyna prowadzenia przeze mnie usilnych poszukiwań historii mężczyzn przeżywających żałobę. Jestem zdania, że emocje, jakie niesie ze sobą tragedia utraty kogoś kochanego, w obu przypadkach, męskim i żeńskim, przybierają podobny kształt i oddziałują w ten sam sposób ale istnieje pewne rozgraniczenie. Rożnica wynika prawdopodobnie nie tyle z samego poczucia żalu co sposobu jego wyrażania. To zdaje się być wynik, narzuconego nam przez ogół, sposobu odgrywania ról społecznych, czyli przybierania określonych póz, niezależnie od emocji wewnętrznych jakie nam towarzyszą. Kobiety mają prawo do wyrażania bólu i okazywania słabości podczas gdy mężczyznom ten przywilej został odebrany. Sęk w tym, że tak samo jak kobietom rodziny czy przyjaciele zakazują się „uwolnić” od smutku i nakazują udręczanie się w ściśle określony sposób, zgodny z ich wyobrażeniami o procesie żałoby, tak mężczyznom zabraniają okazywania tego, że uczucia są od nich czasami silniejsze.

Sam zdążyłem już doświadczyć tego jak wiele krąży wokół mnie stereotypów, wzorców tego w jaki model postępowania powinien wejść wdowiec i czego się od niego samego oczekuje. Nawet to, że zdecydowałem się do Was napisać już prowadzi mnie do stanu pewnej konsternacji czy zakłopotania mimo, że doskonale wiem, iż jest to coś czego obawiać się nie powinienem i nie powinienem wstydzić. Cóż, powtarzane przez środowisko ogólnikowe „masz być silny” wprowadza we mnie tę dziwną dezaprobatę dla własnych słabości. Jest to tym straszniejsze, że mam do nich pełne prawo, tym bardziej w okolicznościach, które stanowią ekstremum wytrzymałości dla ludzkiej psychiki a nawet najzwyklejszego poczucia bezpieczeństwa. Wspominając tu o bezpieczeństwie mam na myśli wyraz stabilizacji i niepodważalności pewnych faktów wypływających z dnia codziennego, które zdają się być pewnikami ukazującymi się każdego kolejnego poranka. Jak się okazuje wcale takimi być nie muszą. Dziś już to wiem, że wizja jutra nie musi być wcale podobna do obrazu dnia dzisiejszego.  Zycie potrafi się zmienić w ciągu paru chwil.

            Tak jak zauważyłem na początku listu, mój „męski” smutek, jaki przeżywam, dotyka mnie tym bardziej, że nie potrafię odnaleźć nigdzie zrozumienia i zaakceptowania dla mojego żalu. Nurtuje mnie także pytanie czy mój stan jest stanem „normalnym” skoro nie mogę przejść do porządku dziennego i być właśnie tak „silnym” jak oczekuje tego ode mnie rodzina. W prawdzie przyjąłem postawę, która się sprawdza, tzn, taktykę skutecznego oszukiwania, że wszystko jest tak jak powinno, to wiem, że nie poprawia to mojej własnej kondycji i nie jest rozwiązaniem długoterminowym. Taka pozycja pozwala mi tylko skuteczne unikanie wysłuchiwań wspaniałych rad płynących z ust dobrych wujków a pojawiających się już zaledwie dwa miesiące po śmierci mojej żony. Twierdzą oni, że powinienem szukać szybko następnej kobiety i, że złotym środkiem na smutki jest praca. Dobrze wiem, że ich słowa wynikają z czystej ignorancji i ogólnospołecznej niewiedzy w tematyce żałoby a nie samego braku empatii, ale niewiele to w moim przypadku zmienia. Zdań tych słucha się nielekko. Przekonałem się, że żal i smutek są tak samo trudno-akceptowalne przez społeczność jak starość albo bieda. Świat 21-go wieku jest rozkrzyczany, ambitny i wesoły i choć to tylko pozory to nie ma już miejsca na sentymenty czy emocje. 

            Moja żona odeszła mając 36 lat. W moim przekonaniu umarła nie zdążywszy nawet ochłonąć z doznanego szoku jaki wywołała na niej wieść, iż jest śmiertelnie chora. Dotąd zdrowa i wręcz żyjąca przykładnie zdrowo dziewczyna, amatorka sportu, dietetyki, pełna wrodzonego optymizmu i wiecznie uśmiechnięta propagatorka fitness, zniknęła zaledwie w kilka dni. Od  jej śmierci minęło zaledwie dwa miesiące i ja sam chyba do dziś mimo świadomości tego faktu nie mogę uwierzyć, że jej już tu przy mnie nie ma. Tak. Takie jest życie i wszystkich nas spotka ten sam kres, jak powtarzają w kółko moi bliscy, ale dogłębne poczucie żalu i niesprawiedliwości, że przecież mogła być tu ze mną znacznie, znacznie dłużej nie pozwala mi spokojnie funkcjonować. Zdaje sobie sprawę z tego, że przede mną jeszcze wiele emocji których nigdy nie doświadczyłem a które przeżyć muszę by nauczyć nowej roli. To co najbardziej mnie boli to samotność, której nie można stłamsić. Moja żona była również moim najlepszym przyjacielem, powierniczką radości i smutków, których dziś nie podzieli ze mną nikt. Tego wzajemnego wsparcia zazdroszczę, przeżywającym równie mocno tę żałobę, rodzicom mojej żony, którzy podzielili swój smutek na pół między siebie. Ja jestem sam. Dosłownie i w przenośni. Sam, w obcym państwie bez przyjaciół, znajomych...  nawet psa. Wszystko jest takie puste i ciche. Nawet nie wiem czy mam prawo do tego aby słuchać weselszej, głośnej muzyki by zagłuszać cisze. Może właśnie nie powinienem jej zagłuszać a dać się jej wykrzyczeć tak by to co boleć musi „wybolało” się do spodu?

            Nauczyć się żyć z tym „pięknym kalectwem” będzie niewątpliwie sztuką bo nie wyobrażam sobie, że czas może coś w tej materii zmienić. Cóż, on nie niczego nie leczy – on tylko uśmierza ból byśmy nie czuli tych wszystkich otwartych ran i biegli przez życie dalej mimo, poprzetrącanych kości. Ci którzy tego nie doświadczyli będą patrzyć na nas z niedowierzaniem wciąż się dziwiąc dlaczego nie „biegniemy” już tak szybko jak kiedyś.

Póki co cholernie tęsknię za żoną, za jej uśmiechem, dotykiem czy zwyczajnymi słowami. Wyobrażenie sobie kolejnych lat życia bez niej jest dziś dla mnie praktycznie niemożliwe. Ciężko nawet wstać rano by iść do pracy lub załatwić zupełnie prozaiczne sprawunki, ogolić się czy zjeść. Żadnej motywacji do dalszego życia. Wszystkie piękne plany i wizje rozpłynęły się w powietrzu i okazały się być zupełnie bez znaczenia w obliczu potęgi losu. Praca, zabijanie myśli głupstwami nie zmienia nic. To tylko skuteczne marnowanie czasu, którego rzeczywiście w żałobie ma się zbyt dużo.

            Ten żal wprowadza we mnie dziwny stan. Chciałbym by przestało tak boleć ale równocześnie godzę się na ten smutek, gdyż boje się, że gdy on przeminie to przeminie też miłość jaką czułem do żony. Jak nauczyć się kochać kogoś kogo nie ma i jednocześnie nie tęsknić? A do tego sprowadza się cała istota przeżycia procesu żałoby. Do zaakceptowania odejścia kogoś kochanego i życia nowym własnym życiem, być może nawet z inną osobą, a jednak z zachowaniem pamięci i miłości do tego kogoś kto odszedł. Dziś jeszcze to brzmi jak absurd...

            Bardzo mocno pozdrawiam twórców serwisu Nagle Sami i wszystkich, którzy codziennie mierzą się z żałobą po kimś bliskim mając nadzieje, że mimo wszystko gdzieś w oddali jest sens tej beznadziei i dane nam będzie poznać odpowiedz na pytanie czemu los doświadcza nas w taki a nie inny sposób. Niezależnie od formy, treści i przedmiotu pozostaje każdemu z nas wiara, że pustka się kiedyś wypełni a ból odejdzie w niepamięć.

 

                                                                                                       Pozdrawiam,

                                                                                                       Paweł

Drodzy Czytelnicy! Dokładamy wszelkich starań, aby nasza strona była Wam jak najbardziej pomocna. Pamiętajcie jednak, że każda życiowa sprawa, problem, zagadnienie jest wyjątkowe i indywidualne, może wymagać profesjonalnej pomocy.
Nasza strona nie jest poradnikiem, ani encyklopedią wiedzy.
Fundacja Nagle Sami, nasi współpracownicy i przyjaciele dokładają wszelkich profesjonalnych starań, ale ze względu na zawiłość większości spraw, nie mogą ponosić odpowiedzialności, za działania podejmowane przez Was na podstawie zawartych tu informacji.

© 2012 Fundacja Nagle Sami. Wszelkie prawa zastrzeżone.