Nie pamiętam dokładnie jak wyglądały pierwsze Święta Bożego Narodzenia po śmierci mojego męża. Pamiętam, że bardzo chciałam, żeby dla dzieci – było normalnie i dobrze. Pamiętam, że i rodzina, i przyjaciele starali się nami zaopiekować. I niby wszytko było dobrze, tylko ten talerz przy stole pusty… dla tego strudzonego wędrowca, co już nie nadejdzie, tak zmienił znaczenie – z symbolicznego na bardzo realny.
Było dobrze i spokojnie. Święta minęły i ja przez kilka kolejnych lat myślałam, że te dni tak ważne, rodzinne i skłaniające do refleksji, zawsze w jakimś stopniu będą karą. A co mnie zaskoczyło ostatnio? Nie są. Są dobrym, rodzinnym czasem, oczywiście z blizną na sercu, z żalem, który jeszcze czasem potrafi zaskoczyć swoją mocą… Ale to już dobry czas.